nieporadnik

nieporadnik

wtorek, 11 października 2016

Czkawka

Każdy zna to przykre uczucie, gdy opanuje człowieka czkawka. Ilu ludzi tyle recept na to, żeby się jej pozbyć, a i tak przechodzi kiedy sama chce. Podobne uczucie ogarnęło mnie po trzech latach narastania problemu. Zaczęły się kłopoty z Najmłodszym. Od zawsze określałam go mianem "naśladowca tajfuna", bo zdawało się, że jest najmniej problemowym z moich dzieci. Przeprowadziliśmy się na wieś. Poszedł do pierwszej klasy w nowym środowisku. Nie martwiłam się tak jak o Najśredniejszego, zakładając że to początek, wszyscy zaczynają razem z nim. Po kilku miesiącach dziecko zaczęło być płaczliwe i buntownicze. Wychowawczyni nie potwierdziła moich obaw, że są problemy w adaptacji w klasie. Pomyślałam "taki etap" i dałam sobie czas. Jednak gdy w lutym trafiłam z Najśredniejszym do PPP po orzeczenie na kolejny etap kształcenia wspomniałam, że mam delikwenta, któremu warto się przyjrzeć. Już w październiku telefon, że możemy się pojawić. Dostaliśmy opinię "wrażliwy, zdolny, matka zeznaje, że płaczliwy, zalecana diagnoza SI i terapia ręki". W szkole zaczynają się zajęcia indywidualne, które umierają wraz z chorobą prowadzącej. Dziecko nie chce chodzić do szkoły, odrabiać lekcji, przestaje go odwiedzać kolega, czasem pojawia się koleżanka. Żadnych grupowych wizyt, spotkań po lekcjach. Rodzice innego dziecka mówią nam, że taka wieś.

Od września zeszłego roku czkawka mi się nasila. Poszłam z dzieckiem na rozpoczęcie roku szkolnego i przez półtorej godziny nikt się do niego nie odezwał ani on do nikogo. Wokół ożywione dyskusje, przesiadanie się do kolejnych kolegów, bieganie. A mój Najmłodszy siedzi i milczy. Serce mnie bolało od patrzenia. Włącza się pierwsza lampka alarmowa. Wychowawczyni nic nie widzi. Rozmawiam z panią od terapii ręki. Obiecuje przyjrzeć się. W międzyczasie znajoma pomaga załatwić diagnozę SI. I tu druga lampka zaczyna migać. Właściwie wszystko do poćwiczenia. Wracam zdołowana. Ja, matka z praktyką, przez osiem lat nie zauważam obniżonego napięcia mięśniowego, dyspraksji, zaburzeń układu priopreceptywnego...

Próbujemy coś przedsięwziąć. Jakieś terapie, pomoc na terenie szkoły - nic się nie da. Umawiamy wizytę do psychiatry. Po drodze potrzebny kardiolog, by wyraził zgodę na farmakoterapię. Anafranil poprawia nastrój. Dzieć zeznaje, że ma teraz w sobie dużo wesołej energii. Odzywa się szkolna pedagog. Myślę "lepiej późno niż wcale" i przekonana jestem, że to efekt moich starań o wsparcie dla dziecka. Przychodzę jednak na sąd nad czarownicą. Słyszę, że to niemożliwe, żeby dziecko w tym wieku tak się buntowało bo na to czas dopiero w gimnazjum. Szkoda, że dziecko o tym nie wie, miałabym czas na przygotowanie się do sytuacji. Nadal odmawia chodzenia do szkoły i odrabiania lekcji. Szkoła szuka powodu w ... uzależnieniu się dziecka od komputera. I w tym, że poszedł rok wcześniej do szkoły. Ja zaczynam być zmęczona wymyślaniem motywacji, gróźb i konsekwencji. W wakacje u psychiatry dowiaduję się szczegółów ze szkolnego życia. Jestem przerażona. Alarm w głowie wyje na całego, zapaliły się wszystkie lampki do końca. Lekarz dopinguje do przeniesienia dziecka. Dziecko mając perspektywę ewentualnej zmiany szkoły wybiera jednak swoją starą klasę z zastrzeżeniem, że w razie czego zmienimy. Zmienia się wychowawca. Zebranie rodziców na rozpoczęcie roku trwa 2 godziny. Wylewam wszystkie moje żale i oczekiwania. Rodzice zdziwieni, że w klasie źle się dzieje. Przecież dzieci nic nie mówią.

W domu nasila się agresja wobec brata i bunty w odpowiedzi na moje polecenia. Słyszę echo słów kolegów. Debil, kretyn, wariat... Na turnusie terapeutycznym wychowawcy zauważyli poważny regres. Psychiatra zarządza terapię psychologiczną. W PPP proponują zapisanie się do kolejki z zastrzeżeniem, że teraz przyjmują dzieci z zeszłego roku.

Czkawką odbija mi się szukanie pomocy dla dziecka, które jej wymaga. Żadna z instytucji do tego powołanych nie czuje się w obowiązku aby syna wspierać. Szukam pomocy dzięki przyjaciołom. Dla dziecka bez diagnozy nie ma właściwie wsparcia. Co się musi wydarzyć, żeby ktoś się zainteresował?MOPS podpowiada nam ośrodek interwencji kryzysowej. Jedziemy jutro. Na najbliższe 3 miesiące mamy wsparcie. Co potem? Dalej czkawka?

PS. Dzięki znajomej mamy załatwione spotkanie diagnostyczne za tydzień w ośrodku w, którym diagnozowaliśmy Gawła.


poniedziałek, 3 października 2016

Ciemność. Widzę ciemność.

Przerzucamy się dyskusjami "pro life" i "nie pro life". Pada ogromnie dużo inwektyw. Jakoś tak łatwo szufladkować, że każdy kto zabrania aborcji jest pro life, a każdy, kto wypowiada się przeciw wprowadzeniu nowej ustawy antyaborcyjnej jest SS-Manem pełnym nienawiści do życia, obrzydliwie feminizującym, głoszącym hasła eugeniki. Czarne marsze, białe protesty...

Zastanawiam się jak opowiedzieć całe to zamieszanie moim synom, zwłaszcza Gawłowi. Wiele osób już na podstawie zamieszczanych przeze mnie cudzych tekstów, które warto przeczytać choćby po to, żeby poznać inny ogląd trudnej sprawy, okrzyknęło mnie kobietą chcącą mordować dzieci z zespołem Downa. Dobrze, że Najśredniejszy i Najmłodszy nie czytają tych komentarzy, bo i bez tego mają ostatnio niezły bałagan w głowie. Od lutego zostaliśmy sami. Ojciec dzieciom "już nie ma siły dłużej ciągnąć tego wózka". Zostawił terapię jednego i trudną drogę do diagnozy drugiego. Jest teraz "za bardzo wrażliwy, żeby rozmawiać z dziećmi". A i tak miałam szczęście. Dwadzieścia lat przy mnie i niepełnosprawnych dzieciach był mąż i ojciec. Choćby po to, żebym nie musiała bandy ciągać z sobą na wizytę u ginekologa czy dentysty. Żebym nie głowiła się jak dojadę na egzamin czy zaliczenie. Nie chcę teraz tej obecności oceniać, ale była. Większość mam dzieci "problemowych" zostaje sama dużo wcześniej.

Mam za sobą podejmowanie decyzji czy urodzę. Mam też w pamięci trudne straty, gdy moim Nienarodzonym odmówiono człowieczeństwa. I dalej nie wiem, jaką podjęłabym decyzję gdybym dziś dowiedziała się, że noszę dziecko, które po urodzeniu czeka kilka, a może kilkanaście godzin konania w cierpieniu. Nie wiem, czy byłabym w stanie pokochać życie, które poczęłoby się w skutek gwałtu. Na szczęście nie byłam w takich sytuacjach. Na szczęście mam przyjaciół, którzy dają mi w każdej trudnej chwili ogromne wsparcie i wiem, że byliby przy mnie i przy tych trudnych wyborach. I nikt z nich by mnie nie oceniał. Obojętnie jak bym wybrała. Nie mam prawa oceniać wyborów, których przesłanek nie znam. Mam świadomość, że nie są to kaprysy kwitowane przez ludzi nazywających się szumnie opcją pro life wulgarnym stwierdzeniem: "jak sobie zrobiłaś dzieciaka to go urodź".

Nie jestem zwolennikiem kary śmierci właśnie przez szacunek do każdego życia. Szanuję uchodźców, którzy szukają nowego godnego życia poza swoją ojczyzną, gdy tam go znaleźć nie potrafią. Wbrew pozorom to nie jest zupełnie inny temat. Bo być pro life znaczy kochać każde życie. Szanować człowieka we wszystkich jego przejawach. Pomagać mu się podnosić, a nie spychać w otchłań.

Moi synowie tłuką się niemiłosiernie. Często boli mnie serce gdy słucham jak do siebie mówią. Nie mieli przykładu w domu, mimo, że w wielu kwestiach różniliśmy się z mężem. Słyszą jak traktują ich koledzy. Każdy ma stygmat innego. Gaweł ze swoim autyzmem często nie jest tolerowany także przez innych wyżej funkcjonujących kolegów z diagnozą ze spektrum. Gosiek ciągle jest tym spoza wsi, przyjezdnym, do tego najmłodszym w klasie i żeby nie było, że nie ma powodu, żeby się z niego naśmiewać - ma brata "debila"(przepraszam za język, nie będę mnożyć określeń, które ranią mnie w najczulszych miejscach, ale niestety, padają one z ust dzieci z rodzin bardzo pobożnych, dzieci służących co niedzielę do mszy, nie opuszczających różańca czy pierwszopiątkowej spowiedzi).

Jak dzieciom opowiedzieć, że dzieją się takie trudne rzeczy? Że jakaś mama wybiera dla swojego dziecka mniejszy ból decydując się go nie urodzić? Że kobieta (o zgrozo często dziewczynka) potraktowana przedmiotowo przez gwałciciela tak naprawdę nie nienawidzi małej potencjalnej istotki, tylko jest w głębokiej traumie? Że wierzę w miłość człowieka do człowieka dlatego, że wolny człowiek jest piękny? Zwłaszcza gdy powstaje z upadku? Że także w odniesieniu do takich trudnych wyborów wierzę w wewnątrzsterowalność i ufam, że każdy dokonując ich powinien móc wybierać kierując się miłością do człowieka? Zakazy nie budują. Nie rozwiązują żadnych trudnych sytuacji. A penalizacja matek i lekarzy nie jest receptą na moralność. Nie jest też pomocą w wybieraniu miłości do człowieka.

Mam synów. Czy uda mi się ich nauczyć odpowiedzialności za swoje słowa i zachowanie? Zwłaszcza, że ich ojciec nie okazał się odpowiedzialny. Czy w trudnych sytuacjach będą potrafili stać koło kobiety i jej ufać? Że nie skrzywdzą nikogo realizując swoje potrzeby i pragnienia?

Pamiętam proces kobiety, która zaszczuta w rodzinie, zmuszana przez męża pod czujnym okiem teściowej do wypełniania powinności małżeńskich, mając już sporą gromadkę dzieci, kolejne rodziła w domu i chowała w beczce nie dając im szansy na życie. Sąd nie doszukał się współwiny u jej męża, orzekając, że nie wiedział co jego żona wielokrotnie robiła w domu. Nie widział jej zaokrąglającego się łona, nie słyszał porodów... Teściowej nawet nie postawiono przed sądem. Czy ludzie żyjący pod jednym dachem mogli nie zauważyć wielokrotnej zbrodni odbywającej się za ścianą? Ja w to nie wierzę. Tak jak nie wierzę, że którakolwiek kobieta, która decyduje się na aborcję zapłodniła się sama. Być może niewielki odsetek pań nie poinformował partnera o tym, że ma zostać ojcem. Czemu oni nie są ścigani prawem za niedopilnowanie co stało się z ich nasieniem? Czemu nie dźwigają odpowiedzialności za życie poczęte?

Dopóki w społecznej świadomości tylko kobieta jest "puszczalska", tylko kobieta odpowiedzialna jest za poczęcie, tylko kobieta musi opiekować się dziećmi, to ilość drastycznych decyzji nie będzie się zmniejszać. Jeśli nie będziemy otwarcie rozmawiać z dziećmi o płodności i jej konsekwencjach, o odpowiedzialności, szacunku i miłości, to ciągle będą osoby dla których aborcja jest metodą zapobiegania niechcianemu rodzicielstwu. Jeśli stygmatyzować będziemy kobiety stosujące antykoncepcję (zamiast zastanawiać się dlaczego przyjmują leki, bo przecież pigułki hormonalne są lekami także) nie będziemy bardziej pro life. Zdarzyło mi się usłyszeć komentarz aptekarki na temat zażywania przeze mnie leków hormonalnych. Akurat nie brałam ich w celu ograniczenia płodności. Była to kontynuacja leczenia operacyjnego, bo i w takim celu tzw leki antykoncepcyjne są przyjmowane.

Ogarnia nas ciemność. Nie z powodu noszonych ostatnio czarnych ubrań. Ciemność pojawia się tam, gdzie dokonujemy łatwych ocen nie znając wszystkich przesłanek. Nie oceniajmy cudzych wyborów. Nie ograniczajmy ich złym prawem. Twórzmy warunki, by każdy w chwili trudnych wyborów czuł wsparcie. Założę się, że taka postawa będzie miała decydujący wpływ na kierunek tych wyborów. I będzie bardziej pro life niż szykanowanie ludzi będących i tak w trudnej sytuacji. Bo nikt nie chce widzieć ciemności wokół siebie.


piątek, 1 stycznia 2016

Interakcja

Nie potrafimy dyskutować. Ostatnio przekonuję się o tym boleśnie. Lubimy mówić. Czasem nawet nieważne czy inni nas słuchają. Ale dopuścić kogoś innego do głosu? A jeszcze jak ta osoba prezentuje pogląd inny niż my?

Brałam udział w dyskusji ad hoc dotyczącej emigrantów i otwartości na inność. Miała to być dyskusja ćwiczebna, ot prezentacja z góry przydzielonych poglądów. Ocknęłam się jak zaczęliśmy podnosić głos, a hipotetyczni uchodźcy mordowali nas i gwałcili, albo w odwrotnej kolejności. No dobrze, przejęliśmy się za bardzo rolami, gorący temat... Do argumentów poruszonych w tej pyskówce (bo nie nazwę tego co się wydarzyło dialogiem – i żeby nie było, sama też nie trzymałam poziomu rozmowy) nie wróciliśmy już w tej grupie, tak jakbyśmy po zakończonych zajęciach przestali grać nasze role.

Skomentowałam posta na blogu osoby, którą cenię. Niestety nie dzieliłam zdania tej osoby. Choć ogólnie nasze stanowiska zdawały się być podobne, to dopiero po doprecyzowaniu mogłam się zgodzić ze zdaniem prezentowanym przez tego człowieka. Po trzech dniach pisania prywatnych wiadomości zostałam usunieta z grona znajomych, bo zdania nie zmieniłam i nie przeprosiłam za to, że je mam. Dowiedziałam się że jestem głupia i jestem hejterem. Tak w skrócie. Tych wiadomości nie mogę nazwać dyskusją, bo właściwie nie nadążałam artykułować mojego stanowiska. Z resztą nie to było powodem wymiany zdań – efektem miało być moje wycofanie się z poglądu, który kulturalnie przedstawiłam.

Media elektroniczne pozwalają nam kontaktować się z ludźmi właściwie bez żadnych ograniczeń – nie generują kosztów, nie uznają granic ani strefowych, ani wiekowych. Korzystam chętnie z tej możliwości. Ale może dlatego, że pozwalają robić wiele rzeczy na raz, dyskusja za ich pośrednictwem bywa wkurzająca. Bo czy jeśli komuś piszę, po zachęcaniu do kontaktu przez tę osobę, kilka wiadomości, widzę, że ta osoba zagląda na forum, a wiadomości nawet nie odczyta przez kilka tygodni, to jaki jest sens pisać dalej? Lepiej już jest jak inna osoba czyta wiadomości. I komentuje. Najczęściej minką. Od razu myślę "Przeszkadzam w pracy". I zaczynam sobie zadawać pytanie, czy się nie narzucam za bardzo. Ale powiedzmy, że dochodzi do wymiany zdań i nagle osoba z drugiej strony znika. Bez zapowiedzi. Czekam chwilę, no bo przecież są różne potrzeby, dzwonek do drzwi, telefon, rozmowa równoległa z inna osobą... Po pół godzinie czuję się nabita w butelkę. To był mój czas, który mogłam wykorzystać w inny sposób. Ale żeby móc to zrobić muszę sama nauczyć się przerywać rozmowę w pół słowa i nie interesować się dalej rozmówcą.


Uczę Gawła interakcji. Że jeśli padnie pytanie, to trzeba na nie odpowiedzieć. Że każda rozmowa ma swoje etapy – od powitania, przez wymianę zdań (przedstawienie problemu, stanowiska, wysłuchanie punktu widzenia drugiej osoby, odniesienie się do poglądów w sposób kulturalny, bez inwektyw, obrażania, doprecyzowanie, jeśli czegoś się nie rozumie, rozwinięcie swojej myśli, jeśli ten ktoś po drugiej stronie pyta) po ewentualne podsumowanie rozmowy i pożegnanie. Ale gdzie ta interakcja jest w rozmowach dorosłych? Stajemy się coraz bardziej zamknięci na drugiego człowieka, skoncentrowani na swoich potrzebach, własnym zdaniu. Jak tu uczyć interakcji w praktyce? I czy warto?

niedziela, 18 października 2015

Spotkania

W autystycznym swiecie rodzice najczęściej spotykają się pod drzwiami gabinetów lekarskich, terapeutycznych lub w świecie wirtualnym. Od lat na blogach, forach internetowych, w komentarzach i w prywatnej korespondencji spotykam rozmaite osoby. Są takie, do których mi bardzo blisko. I tak się złożyło, że w przeciągu ostatniego tygodnia wzięłam udział w dwóch spotkaniach w świecie realnym, które były dla mnie pożywką intelektualną i źródłem dużej przyjemności obcowania z ludźmi.

Pierwsze było zakończeniem pewnego etapu prac nad próbą zmiany prawa dotyczącego osób z ADHD. Od stycznia spotykaliśmy się w Szczecinie z  grupą przedsatwicieli różnych stowarzyszeń pracujących z dziećmi z całej Polski w projekcie "ADHD – Wyzwanie społeczne czy negacja" . Był to efekt zabiegów fantastycznych dziewczyn ze Szczecińskiego Koła Towarzystwa Przyjaciół Dzieci – Asi i Tamary. Jestem przekonana, że to energia promieniujaca z nich sprawiła, że od pierwszej chwili pracowaliśmy w atmosferze trudnej do uzyskania. Było rodzinnie, serdecznie, szczerze, pracowicie i rozrywkowo. I choć sama byłam sceptycznie nastawiona do możliwości uzyskania przez nas zadawalających rezultatów, to muszę przyznać, że przez te kilka spotkań określiliśmy na jakich zmianach nam zależy oraz które z nich są najbardziej pilne i możliwe do wdrożenia w krótkim czasie. Odszukaliśmy ustawy, określające w tej chwili stan rzeczy i napisaliśmy poprawki do nich, by zmiany mogły się dokonać. Tak zupełnie dodatkowo zawiązało się nowe stowarzyszenie, reaktywowały dwa inne, kilka podjęło stałą współpracę. I myślę, że to wszystko było możliwe dzięki magii tych naprawdę wyjątkowych spotkań. Z resztą pięknie pisze o nich jedna z uczestniczek, Dosia. (tekst Dosi możecie czytać tutaj,  o projekcie można poczytać tu).

Drugie spotkanie dotyczyło bardziej prywatnej sfery mojego życia. W Warszawie odbyły się pierwsze warsztaty z cyklu BLOG UpDate pod hasłem "Bloger profesjonalny". (o warsztatach możecie czytać tutaj ) Praktycy i teoretycy dzielili się na nich wiedzą na temat różnych technik udoskonalajacych działanie bloga. Było i o nowinkach technicznych az ortechnologicznych. Słuchaliśmy o odczuwaniu własnych kompetencji i niekompetencji oraz o tym dlaczego lepiej czuć się niekompetentnym. Uczestniczyłam też w warsztatach nakierowanych na poprawę różnych aspektów stylu pisania. Czułam się trochę zgubiona, bo jak okazało się że jest tak, jak myślałam - nie jestem profesjonaljistką. Nie piszę dla klikalnosci, statystyk, odsłon czy sprzedaży bloga jako miejsca tzw. afiliacji. Właściwie to nawet nie rozumiałam połowy fachowego jezyka, którym większość uczestników warsztatów się posługiwała. Za to wiedziałam, że spotkam na konferencji admirowanego przeze mnie od lat Ojca Karmiącego (z nim udało nam się umówić na pierwsze nasze spotkanie w świecie realnym) oraz inne osoby piszące czytane przeze mnie blogi. (blog Ojca znajdziecie tu)
Oczywiście "czynnik ludzki" okazał się największym sukcesem tych warsztatów. Zarówno prelegenci jak i prowadzący część praktyczną okazali się być, poza niekwestionowanym doświadczeniem blogerskim, pisarskim czy dziennikarskim, osobami nietuzinkowymi. Co z ich ogromnej wiedzy wykorzystam w praktyce – czas pokaże. Dużą przyjemnością było dla mnie dyskutowanie z nimi i uczestnikami warsztatów.

Dodatkowa wartością były spotkania po warsztatach. Ojciec Karmiący przedstawił mnie King Kongowi i L-Pokowi, czyli reszcie niezwykłej rodziny, z którą spędziłam cudowne kilka godzin. Potem było jeszcze piękniej, bo dołączyli do nas Dorota z Piotrem., z którymi, po rozstaniu z rodziną King Konga, spędziłam kolejne kilka niezwykłych godzin. (blog Doroty znajdziecie tu) Choć z Dorotą spotkałam się już przelotnie w te wakacje, to nie miałam możliwosci dłużej porozmawiać. I Ojciec i Dorota to dla mnie wzory i jako rodzice i jako osoby piszące. A przy tym wspaniali ludzie, z którymi mam nadzieję spotykać się jeszcze nie raz – zarówno wirtualnie jak i po prostu przy herbacie czy lampce wina.


Czy będę pisać chwytliwe tytuły? Czy w leadzie i śródtytułach zamieszczać będę słowa kluczowe do pozycjonowania? Przeciez nie piszę ani leada ani śródtytułów. Czy uproszczę język do minimum, by czytali mnie tzw prości ludze? Pewnie nie. Za to zawsze bedę pisała o emocjach i pod wpływem emocji. Bo to mi sprawia satysfakcję. Ufff, choć jedno zalecenie profesjonalistów uda się spełnić.



poniedziałek, 7 września 2015

Inni

Przez Internet przetacza się teraz fala nienawiści i uprzedzenia. Padają ogólnikowe hasła oraz opisy sytuacji które na pewno wydarzą się, gdy w naszym sąsiedztwie pojawi się nowe. Ludzie nawołują się do walki o to, by to nowe nie miało szansy zaistnieć. Rozumiem lęki, które mogą towarzyszyć zmianom, zwłaszcza takim, po których możemy spodziewać się, że w jakiś sposób pogorszą naszą sytuację. Ale czy jesteśmy pewni, że nadejdzie gorsze?

Patrzę na cała tą nagonkę jako matka dziecka, które jest inne. Pojawienie się Gawła budziło w przedszkolu i szkole lęk (na całe szczęście mogę o tym napisać w czasie przeszłym, choć czytając te straszne komentarze boję się, że znów kiedyś dotknie nas fala bezinteresownej nienawiści). Tak, samo słowo "autyzm" stygmatyzuje nas dokładnie tak, jak "uchodźca", "islamista","obcy". Nieraz doświadczyliśmy jak to jest być tym niechcianym. Były grupy anonimowych rodziców walczących o naszą nieobecność na lekcjach z dziećmi, było wyrzucanie z przedszkola, przenoszenie do innej grupy z tej, w której ponoć komuś zagrażaliśmy, były uwagi na placach zabaw. Nie zabrakło cierpkich słów, po których mogłam tylko płakać z bezsilności. A także dużo sloganów i wyobrażeń jak niebezpiecznym może okazać się kilkuletni chłopiec. Tak, wiem. Szariat pokazał swoją ciemną twarz. Pamiętamy 11. września a także wszystkie pokazywane przez media egzekucje. Słuchamy, jak niektórzy obcy odgrażają się, że zmienią nasza rzeczywistość. Ale dlaczego takiego samego lęku nie żywimy do Amerykanów, gdy w USA co chwilę słyszymy o strzelaninie w kolejnej szkole? Czemu Chińczyków realizujących w koszmarny sposób kontrolę urodzeń przyjmujemy masowo wraz z ich centrami handlowymi ? Bo nikt nam jeszcze nie powiedział, że musimy sie ich bać?

W jednych sytuacjach media nakręcają nasze lęki i pokazują że my tu i teraz mamy powody do strachu, w innych otrzymujemy komunikat, że okropieństwa świata są daleko od nas. Zadałam już publicznie pytanie kto i po co wlał nadzieję w serca tak licznej grupy emigrantów. Bo to prawda, takiej skali wędrówki nie było jeszcze i nie sądzę, że taki zryw powstał samoistnie. Ktoś tych ludzi pchnął do podróży, na końcu której czekać ma złote runo. Ktoś zarobił na tym koszmarnie duże pieniądze. Unia Europejska już od jakiegoś czasu mówi, że zwiększa ochronę granic zewnętrznych, na co też przeznacza niemałe kwoty. Wszystko to po to, by nie robć nic, gdy wyładowane do granic możliwości łodzie stają się zbiorowymi trumnami dla dziesiątek, setek, a czasem tysięcy uciekinierów.

Czy ta sama grupa ludzi steruje histerycznym strachem przed przyjęciem ludzi, którzy skuszeni zostali nadzieją lepszego życia? Ten strach niesie ze sobą słowa, które juz raz doprowadziły do tragedii. Nie przypominają Wam haseł, które poprzedzały Holokaust? W fali nienawiści zginęłi wtedy nie tylko Żydzi czy Cyganie. Masowo eksterminowano tez pensjonariuszy ośrodków i szpitali dla psychicznie chorych.

Tak. Mam powody do lęku. Nie boję się jednak panicznie grupy uchodźców stojacych u bram Europy. Owszem, wiem, że przyniosą zmiany, ale poczekam z emocjami do momentu gdy zmiany zaczną się pojawiać. Za to juz teraz boję się tych wszystkich ludzi, którzy chcą zamykać emigrantów w obozach koncentracyjnych, chcą używać gazu albo broni palnej.

środa, 2 września 2015

Znów dzwonek

"Obyś żył w ciekawych czasach" brzmi chińska klątwa. Doskonale rozumiem w jakim sensie brak nudy może być przekleństwem człowieka. Ponieważ moje dzieci dostarczają mi wystarczająco wiele wrażeń liczę na to, że reszta świata okaże się najzwyczajniej nudna i nieciekawa, przewidywalna do bólu i ułożona. Ale wygląda na to, że chińska klątwa czuwa nade mną i zawsze wtedy, gdy myślę, że właśnie czeka nas spokojny okres, bo przecież wszystko już poukładaliśmy, sprawdziliśmy po wielokroć, to ten smok wypełza z lakowego pudełeczka i straszy.

Tym razem szkolny dzwonek nie miał przynieść żadnych nowości. I jak się dobrze sprawie przyjżeć, to nie przyniósł. Moje Najmłodsze Szczęście poszło do klasy trzeciej. W tym roku mogłam mu towarzyszyć podczas rozpoczęcia roku szkolnego. I serce mi się krajało jak patrzyłam na dziecko. Udało mi się posadzić go na ławce z dzieciakami z jego klasy. Siedział na krawędzi, prawie odwrócony plecami do kolegów. I przez półtorej godziny nie zamienił jednego słowa z nikim. Nie był ani zły, ani obrażony. Po prostu usiadł i siedział. I od razu rodzi się pytanie, czy problem tkwi w nim, czy w klasie. Bo dzieciaki przez cały czas przedstawienia żywo ze sobą rozmawiały. Wszyscy ze wszystkimi. Tylko wokół mojego dziecka była niewidoczna bariera, której nikt nie przekraczał. Prawda, że od razu zrobiło się ciekawie?

Do wieczora było mi sie ciężko pozbierać. W końcu jest to już trzecia klasa, już skończył się drugi rok naszego mieszkania na wsi. Byłam pewna, ze do tego czasu dzieciaki poradzą sobie z przeprowadzką i nawiążą wiele znajomości. I zupełnie byłam zaskoczona, że dzieckiem, które ma wiecej problemów w adaptacji nie jest Gaweł, tylko Gosław. Przecież miał przez chwilę kolegę, często odwiedzała go koleżanka. A tu nic, ani słowa, nawet zdawkowego "cześć". Jakie moga być powody takiego stanu rzeczy? Jak można dziecku pomóc? takie pytania zadawałam sobie przez cały dzień, nie potrafąc znaleźć na nie odpowiedzi.

Okazało się, że na problemy najlepszy jest "telefon do przyjaciela". Zadzwoniłam i dostałam garść narzędzi diagnostycznych, które powiedzą nam w czym tkwi problem. Czyli połowę problemu załatwią. Bo jak wiesz gdzie boli, to już można znaleźć antidotum :) Dobrze jest mieć do kogo zadzwonić. Bardzo Ci Martynko dziękuję za cierpliwość i wsparcie, z którego na pewno jeszcze nie raz skorzystam :)

Na pocieszenie napiszę, że Gaweł wszedł do szkoły witany przez gromady kolegów. A najbardziej na jego widok ucieszyła sie ponoć jego nauczycielka - cień. Dobrze, że klątwa tym razem dotyczy tylko jednej latorośli.


sobota, 8 sierpnia 2015

Chwalimy się



Przeszłam ostatnio ostrą fazę odstawienia. Jak w leczeniu uzależnień. Nie, nie chodzi tu o odstawianie jakichś używek, dietę czy rezygnację z przyjemności. Uczucie niemal narkotycznego głodu dało mi sporo do myślenia na temat tego w jakich relacjach żyjemy na codzień i jak nawzajem robimy sobie krzywdę.

Pisałam już o turnusie w Jaworzynce dużo różnych dobrych rzeczy. Nie napisałam o tym, co okazało się dla mnie ważne. Tradycyjnie na turnusach uczymy rodziców chwalenia dzieci. Mam świadomość, że dzieci "działają na pochwały" i często posługuję się metaforą o samochodzie i paliwie. Jak do ropniaka wlejemy benzynę to raczej nie mamy szans na przyjemną jazdę. Nasze turnusowe dzieci też nie ruszą z miejsca bez odpowiedniej ilości pochwał. I choć pracujemy z pochwałami już wiele lat, i to nie tylko z dziećmi, ale także chwaląc rodziców, to po raz pierwszy olśniło mnie, że pochwały, choć w naszej kulturze nie są rzeczą naturalną, są mi niezbędne do życia tak, jak wszystkim turnusowym dzieciom. Są  moim paliwem.

"Siedź w koncie a znajdą cię" poowtarzali nam rodzice. Bo nasze zalety miały wszystkich bić po oczach i nie potrzebować autoreklamy. Często też jeszcze obserwuję postawę umniejszania wyczynów i umiejętności dziecka "po to żeby się za bardzo nie rozpuściło". Zamiast "świetnie to zrobiłeś" słyszę "mogłeś to zrobić lepiej". Tym przesiąknięta jest nasza kultura.

Nagle człowiek tak wychowany jedzie na turnus, gdzie z założenia chwalimy dzieci za wszystkie osiągnięcia, chwalimy rodziców za co się da i rodzice chwalą się nawzajem, żeby ćwiczyć pochwały, chwalimy kadrę także w celu uczenia się formy skutecznych pochwał i utrwalania nawyku chwalenia podopiecznych. I nagle człowiek znajduje się w społeczności, w której słyszy tyle dobrych rzeczy o sobie (i o swoich dzieciach), ile usłyszał łącznie przez ostatnie pięć lat. A ponieważ prawidłowe konstruowanie pochwał opiera się na zauważaniu rzeczywistych talentów, zdolności i aktywności człowieka, to nagle wiele osób zaczyna nam mówić o naszych dobrych stronach.

Uwierzcie mi, że zanurzenie w takiej atmosferze działa jak narkotyk. Człowiek chodzi oszołomiony, otoczony przyjemną banieczką dobrych słów. Ale potem, niestety, trzeba wracać do domu. I o ile zostaje nam nawyk chwalenia dzieci, zauważania ich wysiłków, o tyle sami zostajemy pozbawieni tej pociągającej banieczki.

Każdy człowiek do życia potrzebuje głasków. Co to są głaski? Są to wszelkie bodźce, jakie dostajemy od innych ludzi. Naukowo stwierdzono, że bez odpowiedniej porcji głasków (dla każdego z nas może to być inna porcja) człowiek nie może żyć. W związku z tym, jeżeli nie otrzymujemy wystarczającej ilości głasków, musimy w jakiś sposób o nie zawalczyć. Jeżeli dziecko jest niezauważane przez swoich rodziców, wówczas na pewno zrobi coś, żeby rodzice je zauważyli, np. stłucze ulubiony wazon mamy. Zostanie wówczas skarcone, ale równocześnie dostanie sygnał, że ktoś się nim interesuje.

Po trzech dniach od powrotu zaczęłam czuć się nerwowo, po pięciu spadł mi poziom samozadowolenia i autoakceptacji. Po tygodniu zrozumiałam czego mi brakuje i zaczęłam głośno dopominać się pochwał.

Wspomniałam, że pochwała musi być dobrze skonstruowana. Nie można powiedzieć: "dobrze, ale" (co to za pochwała, która od razu wskazuje, ze nie było do końca dobrze?), "tym razem ci wyszło" (z założeniem, że zazwyczaj nie wychodzi) albo nadmiernie podkreślać zasługi tam gdzie ich nie było (dziecko potrafi porównać swoją pracę z grupą i widzi jak coś jest nie tak). Pochwała czasem jest po prostu zauważeniem wykonania jakiejś czynności ("umyłeś naczynia, super!"). Powinna też być skierowana do osoby, którą chwalimy ("o, ktos umył naczynia" nie jest formą dobrą, lepiej powiedzieć "widzę, że umyłeś naczynia, super!").

Teraz już sami widzicie, że przeskok pomiędzy dwoma tygodniami turnusowymi a panującym nam wiecznie "siedź w koncie" jest olbrzymi. I miałam prawo odczuwać syndrom odstawienia. Warto postarać się, żeby każdy z nas dostał odpowiednią porcję głasków od otoczenia, najlepiej jednak by były to głaski pozytywne, bo to one budują poczucie wartości człowieka.